piątek, 10 stycznia 2014

Rozdział 3

Otworzyłam oczy widząc nad sobą wianuszek lekarzy. Starałam się złapać powietrze lecz przychodziło mi to z ogromnym trudem. Nagle przeszył mnie straszliwy ból w okolicach brzucha. Przełknęłam ślinę podnosząc delikatnie głowę. Czerwona plama pokrywała mój operacyjny fartuch, zrobiło mi się nie dobrze... - Boże co się mogło stać - starałam przypomnieć sobie ostatnie chwile przed omdleniem niestety wszystko spowił mrok. Zamrugałam kilkakrotnie powiekami czując piekące łzy. Bałam się. Wszyscy dookoła mnie szeptali coś między sobą, od czasu do czasu zerkając na mnie z niepokojem.  Przewieźli mnie na blok operacyjny, pielęgniarka wkłuła igłę w moje ramię a ja powoli odpływałam w sen....
                                                                                             ***
Chodziłem po salonie starając się wybrać jeden z nowych modeli ferrari na nadchodzący wyścig. Wszystkie wyglądały wspaniale ale i tak tęskniłem sa swoim Astonem. Wreszcie zdecydowałem się na model FF. Sprzedawca wyszczerzył proste zęby na widok złotej karty kredytowej. Po chwili to czerwone cacko należało do mnie.  Postanowiłem sprawdzić ile wyciąga więc wskoczyłem do środka, zapiąłem pasy i odpaliłem silnik.  Wszystko działało jak marzenie a każdy odgłos był niczym symfonia. Uśmiechnąłem się zaciskając palce mocniej na kierownicy, zapach nowości wypełnił moje nozdrza doprowadzając mnie na sam szczyt rozkoszy.  Bowerowi oczy wyjdą z orbit na widok tego samochodu.  Kluczyłem między uliczkami podziwiając krajobraz za oknem. To uczucie było wspaniałe, podgłośniłem muzykę śpiewając na całe gardło. Byłem szczęśliwy niczym małe dziecko, które właśnie dostało nową zabawkę. Mijałem właśnie niewielki las gdy nagle ujrzałem wąską ścieżkę prowadzącą w jego głąb, zakręciłem wózek znikając wśród drzew. Zaprowadziło mnie to nad brzeg Wisły.  Wysiadłem z auta siadając na jednym z kamieni obserwując taflę wody. Podobało mi się tutaj coraz bardziej a to miejsce skrywało w sobie jakąś magię. Delikatny zefirek rozwiewał moje włosy, słońce przyjemnie przygrzewało a ptaki wyśpiewywały wesołą melodię. Wszystko było idealne.  Do Hotelu wróciłem w dobrym nastroju.Położyłem się na wielkim łóżku włączając laptopa. Musiałem się zrelaksować przed wielkim dniem, wyszukałem kilka klubów ale nie wiedziałem, który z nich jest najlepszy. - Tomlinson a co to za różnica - mruknąłem do siebie przeciągając się i kierując się pod prysznic. Chłodna woda sprawiła, że poczułem się zrelaksowany a moje ciało było odprężone. Bicze wodne masowały moje plecy a ja wydawałem ciche pomruki zadowolenia. Wreszcie założyłem najlepszy garnitur i wyszedłem. Wybór padł na Trace'a.  Na miejsce dojechałem taksówką, Ludzie przy wejściu przepychali się łokciami byle tylko dostać się do środka. Widać był to najmodniejszy lokal w całej Warszawie. Zapłaciłem kierowcy a następnie znalazłem się w samym środku piekła. Starałem się dotrzeć do ochroniarza ale jakaś kobieta dźgnęła mnie łokciem w brzuch.  Zgiąłem się w pół łapiąc łapczywie powietrze.
- Przepraszam cię - uśmiechnęła się delikatnie dotykając moich pleców
- Nic się nie stało, nie spodziewałem się aż takich tłumów - jęknąłem, a gdy uniosłem głowę o mało nie upadłem. Ta kobieta była cudowna. Długie blond włosy opadały na jej twarz a zielone oczy iskrzyły niczym 2 małe diamenty.
- Louis... Louis jestem - wybełkotałem wpatrując się w jej jędrne piersi. Jej ciało wyglądało cudownie w obcisłej skórzanej sukience.
- Marta - szczęście mi sprzyjało. Znała angielski. Ująłem jej dłoń ciągnąc za sobą.
- Witam, Tomlinson - odparłem do wielkiego mięśniaka stojącego na bramce i zamachałem gotówką. Wpuścił nas bez słowa. W środku panował taki gorąc, że koszula już po kilku minutach przykleiła się do mojego ciała. Piliśmy drinka za drinkiem królując na parkiecie. Jej kocie ruchy coraz bardziej mnie podniecały a w sposób w jaki potrząsała tyłeczkiem sprawił, że o mało nie doszedłem. Objąłem ją w tali dociskając do siebie, przymknąłem powieki muskając jej szyję. Krople potu lśniące na jej gorącej skórze drażniły moje podniebienie. Dłużej nie wytrzymam.
- Skarbie zabiorę Cię do mnie - wymruczałem gryząc jej ucho. Pokiwała głową przygryzając seksownię wargę.  Byłem cholernym szczęściarzem a w Polsce było mi niczym w raju. ...
                                                                                             ***
- Wiki... - do sali, w której leżałam weszła Agata. Miałam tyle pytań, iż nie wiedziałam od czego zacząć
- Co... Co się stało ? - spytałam próbując się podnieść na łokciach
- Leż - odparła siadając obok i biorąc moją rękę - Nie wiem jak ci to powiedzieć - spuściła wzrok. Ściągnęłam brwi coraz bardziej zaniepokojona .
- Powiesz mi czy mam cię błagać - syknęłam
- Wiki... Wiki..Ty...po... poroniłaś - wyjąkała chowając twarz w dłoniach. Nie docierały do mnie jej słowa. JA ...W ciąży ? Przecież chyba bym o tym wiedziała.
- Agata to jakaś bzdura przecież gdybyśmy z Harrym zdecydowali się na dziecko byłabyś pierwszą osobą, której bym o tym powiedziała do cholery - ostatnie słowo  wykrzyczałam tracąc nad sobą panowanie
- Zawołam Adama - odparła i wybiegła na korytarz. To było chore musieli coś pomylić tak na pewno pomylili. Wzięłam kilka głębokich oddechów starając się uspokoić. Chciałam wstać z łóżka ale właśnie w tej chwili w drzwiach stanął najlepszy ginekolog w szpitalu.
- Dr Woźnicka mi wszystko powiedziała - w dłoniach trzymał jakieś kartki
- Pomyłka.. pomyłka - powtarzałam jak nakręcona.
- Niestety to nie pomyłka - szepnął podchodząc bliżej - byłaś w 4 miesiącu ciąży
- Ale przecież chyba bym o tym wiedziała - uderzyłam pięścią w materac powtarzając to zdanie po raz kolejny
- Niekoniecznie - odpowiedział przekazując mi zawartość tego co trzymał w ręce
- Co to ma znaczyć - czułam nadchodzące łzy
- Niektóre kobiety nie wiedzą, że są w ciąży. Żadnych zawrotów głowy, wymiotów krótko mówiąc żadnych objawów...nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Straciłam dziecko - ale.. dlaczego.. co się stało - rozpłakałam się na dobre
-Podejrzewam, że to przez stres. Powinnaś się oszczędzać - przytulił mnie a ja łkałam mu w fartuch. To był jakiś horror a co najgorsze nie wiedziałam jak mam to wyznać Harry'emu....


środa, 1 stycznia 2014

Chapter 2

She’s just a girl and she’s on fire 
Hotter than a fantasy, lonely like a highway
She’s living in a world and it’s on fire 
Filled with catastrophe, but she knows she can fly away


Budzik na moim zegarku wybił 7:00. Niechętnie wygrzebałam się spod ciepłej pierzyny i poszłam wziąć szybki prysznic. Harry jeszcze spał więc nie chciałam go budzić zresztą i tak bym nie miała serca tego zrobić. Ćwiczyli wczoraj z kolegami do późna, od roku ciężko pracują nad  materiałem na swoją 1 solową płytę. Zawsze gdy mam trochę wolnego czasu chodzę aby ich posłuchać, są naprawdę nieźli w te klocki a gdy słyszę głos mojego narzeczonego po prostu się rozpływam.  Promienie letniego słońca oświetliły twarz chłopaka, wyglądał tak uroczo i bezbronnie. Zrobiło mi się przykro, że muszę go zostawić, niestety dzisiaj czekała mnie ciężka operacja i musiałam się skupić tylko na niej. Od jej przebiegu zależało życie jednego z pacjentów. Wypiłam kawę a po chwili byłam już w drodze do szpitala. Moje życie odkąd zostałam chirurgiem przypominało jedną wielką gonitwę, czasami dziwiłam się jak Hazz może ze mną wytrzymywać przy takich obrotach teraz wiem , że kocha mnie nad życie. Udowodnił to gdy w naszej placówce medycznej jakiś świr podłożył bombę.  Zostałam sama wraz z małą dziewczynką w jednej z sal. Drzwi były zamknięte, ktoś zablokował je od zewnątrz. Myślałam, że to koniec, przytuliłam rude maleństwo do swej klatki cicho łkając. Nagle do środka wpadł Styles. Loczek złamał polecenie szefa policji aby tylko mnie ratować... Uśmiech zawsze pojawiał się na mojej twarzy gdy przypominam sobie tamten dzień... Weszłam do pokoju lekarzy zastając  w środku Agatę. Agata była moją najlepszą przyjaciółką. Znałyśmy się jeszcze z czasów podstawówki i zawsze mogłyśmy na siebie liczyć.
- Hej Wiki - ziewnęła popijając kubek parującego ciemnego napoju.
- No cześć, cześć - rzuciłam szybko biorąc w dłonie akta pacjenta - Agata przepraszam cię ale nie mam dziś czasu na pogaduszki - spojrzałam na przyjaciółkę przepraszającym wzrokiem i szybkim krokiem skierowałam się do gabinetu znienawidzonego szefa a w zasadzie przełożonego. Nowy ordynator panoszył się wszędzie niczym król na swoich włościach. Z całego serca czułam do niego obrzydzenie. Nie odpuścił żadnej pracownicy, każdą podrywał bez względu na wiek. Zapukałam a po chwili znalazłam się w środku stojąc twarzą w twarz z mężczyzną o małych żabich oczach. Uśmiechał się tryumfalnie jakby właśnie kogoś przeleciał. Nie zdziwiłabym się wcale gdyby okazało się to prawdą.
- Pani Wiktoria, jak miło Panią znowu widzieć - ściągnął brwi do siebie a na jego wysokim czole pojawiła się bruzda - co Cię do mnie sprowadza - odparł chłodniejszym tonem
- Chciałam tylko poinformować, że zaraz zaczynamy wspólną operację - założyłam kosmyk włosów za ucho wbijając wzrok w jego ciemne źrenice
- Ty i Ja... Ja i Ty... Cóż za niespodzianka - wymruczał zbliżając się w moją stronę. Aktorem był znakomitym to mu trzeba było przyznać, zrobiłam kilka kroków w tył. Zacmokał kręcąc głową - nie uciekaj - łobuzerski uśmiech błądził na jego ustach gdy opuszkami palców gładził mój policzek. Odsunęłam się jeszcze lecz niestety moje plecy natrafiły na opór. Namacałam dłonią klamkę i czym prędzej stamtąd uciekłam. - Boże co za parszywy dupek - mruknęłam przemierzając korytarz.
- Dzień Dobry Pani doktor - młoda kobieta zatrzymała mnie torując drogę
- W  czym mogę pomóc - byłam tak wściekła, że nie miałam ochoty z nikim na rozmowę
- Będziecie operować dziś mojego męża i chciałam wiedzieć - głos jej się załamał a z oczu popłynęły słone łzy. Westchnęłam cicho. Objęłam ramiona kobiety spoglądając w jej zapłakane oczy - Proszę mnie uważnie posłuchać... wszystko będzie dobrze - te ostatnie słowa wypowiedziałam nieco głośniej po czym obróciłam się na pięcie i zniknęłam w głębi korytarza. Przymknęłam powieki opierając się o ścianę, marzyłam aby ten dzień dobiegł już ku końcowi. Po kilku głębokich oddechach weszłam na blok operacyjny. Włożyłam odzież ochronną następnie dokładnie wyszorowałam  ręce. Zacisnęłam zęby i z bólem serca podeszłam do stołu. Pacjent był już pogrążony w narkozie.
- Więc jak Pani doktor zaczynamy zabawę - naprzeciwko stanął ordynator. Większego chama jak on nie znałam. Pokiwałam głową nic nie mówiąc. Chwyciłam skalpel i nacięłam linię na skórze mężczyzny, miałam go rozkroić ale moja dłoń trzęsła się jak galareta. Nie wiedziałam co się dzieje. Obraz przed moimi oczyma rozmywał się a ja powoli spadałam w ciemność...

środa, 11 grudnia 2013

Chapter 1

''It's a beautiful life, It's a sweet life
It's my life, it's your life
Tonight's the night that we gonn set i t right
Live in the day light and dance through the night
The sun is out and the moon is asleep
It don't matter where you are the world's at your feet
Have some fun and get loose with me
Let it in your heart and set yourself free''



Moje życie przypominało bajkę, nie jedna osoba w moim wieku chciałaby tak żyć. Kupa pieniędzy, luksusowe samochody a do tego piękne kobiety po prostu istny raj. Dopaliłem papierosa i wsiadłem do swojego czarnego Astona Martina. Zapach skóry podrażnił moje zmysły, kochałem ryzyko ponad wszystko, taki zastrzyk adrenaliny zawsze sprawiał, że krew w moich żyłach szybciej wrzała. Odpaliłem silnik rozkoszując się mruczeniem silnika , nacisnąłem pedał gazu uwalniając pełną moc mojego maleństwa. W przyszłym tygodniu miał się odbyć wyścig oczywiście  nielegalny... zamierzałem go wygrać i pokazać kto jest mistrzem kierownicy temu dupkowi Bowerowi. Jechałem coraz szybciej podniecając się możliwościami tego cacuszka, reagował momentalnie na każdy mój ruch.. nawet ten najdelikatniejszy. Ten wózek z pewnością doprowadzi mnie do sobotniego zwycięstwa. Zatrzymałem się pod ogromną willą, otworzyłem drzwiczki rozglądając się wokoło... O tej porze pełno tu było nieproszonych gości. Upewniwszy się, że jestem sam wyszedłem na zewnątrz. W kieszeni jeansów znalazłem klucze od drzwi wejściowych...

Wolnym krokiem przemierzałem ogromny hol... w powietrzu wciąż unosił się zapach ostrych perfum niewątpliwie należący do pięknej modelki z którą miałem zaszczyt spędzić wczorajszą noc. Uśmiechnąłem się na samo wspomnienie jej boskiego ciała w skąpej bieliźnie, była niezła w te klocki i wiedziała o tym doskonale robiąc ze mną to na co tylko miała ochotę. Była dominatorką a ja nie protestowałem wręcz przeciwnie podobało mi się to. Rzuciłem czarną skórzaną kurtkę na sofę i nalałem do szklanki trochę whiskey, słońce powoli chowało się za horyzont ustępując drogę nocy...Jak byłem mały tata zabierał nas na wielką polanę skąd rozciągał się przepiękny widok na miasto całe skąpane w blasku ulicznych latarni. Ten widok zawsze zapierał mi dech w piersiach.. zresztą ktoś kiedyś powiedział: Noc ma w sobie tą magię, której dzień nigdy nie będzie miał... zgadzam się całkowicie z tymi słowami. Odwróciłem się na pięcie przełykając resztkę cierpkiego trunku i zbliżyłem się do wysokiej brunetki, która właśnie pojawiła się w salonie. Miała długie włosy sięgające jej niemal do pasa, duże brązowe oczy oraz kilka piegów na nosie, które dodawały jej uroku. Uśmiech błądził po mojej twarzy podczas gdy z uwagą obserwowałem każdy jej ruch, dziewczyna poruszała się z duża gracją nic więc dziwnego, że to właśnie ona została wybrana miss universum. Oblizałem wolno wargi obejmując ją w talii, jej ciało idealnie pasowało do moich dłoni, zsunąłem materiał opinający jej talię i wziąłem ją na ręce. Obdarowywała pocałunkami każdy milimetr kwadratowy mojej szyi rozpinając przy tym guziki jedwabnej koszuli, delikatne pomruki wydobywające się z mojego gardła świadczyły o tym, że jest mi dobrze...
                             
                                                                          ***
Promienie słońca wdarły się do mojej sypialni oświetlając twarz śpiącej obok mnie dziewczyny, leżałem oparty na dłoni i obserwowałem jej spokojny sen. Wyglądała tak niewinnie niczym mała dziewczynka śniąca o swoim rycerzu śpieszącym wyzwolić ją z ogromnej wieży. Uśmiechnąłem się do siebie całując jej policzek. Wstałem z łóżka kierując się do łazienki, wciągnąłem na siebie świeże ciuchy i zbiegłem na dół. Przy kuchennym blacie sprawdziłem pocztę nie mogąc uwierzyć własnym oczom w jedną z wiadomości głoszącą, że wyścig, który miał się odbyć już za 6 dni został przeniesiony do Polski. - To chyba jakiś żart - chwyciłem pustą szklankę i cisnąłem ją z całej siły o ścianę. Szkło rozprysło się na miliony małych kawałków. Usłyszałem tupot bosych stóp... - Lou wszystko w porządku - brunetka spojrzała na mnie przerażona
- Tak wszystko z wyjątkiem tego, że chcą mnie wykończyć - tym razem talerz leżący obok wylądował na kafelkach, wpadłem w jakąś furię rzucając tym co nawinęło mi się pod rękę
- Louis - zaczęła ostrożnie - kochanie uspokój się - jej delikatne dłonie objęły moją twarz -  powiedz mi co się stało
- Bower... Bower się stał - syknąłem - doskonale wie, że nigdy nie byłem  w Polsce i nie znam tamtych dróg...
- Skarbie masz jeszcze parę dni żeby tam pojechać i zapoznać się z trasą wyścigu - jej usta odnalazły moje... to ona była moim skarbem... czasami brało mnie obrzydzenie do samego siebie w końcu kto zdradza tak wspaniałą kobietę...
- Masz rację - szepnąłem odgarniając włosy z jej twarzy i udałem się pakować swoje rzeczy.
                                                                        ***
Godzinę później siedziałem już w samolocie. Włożyłem słuchawki do uszu powoli odpływając w sen...

niedziela, 24 listopada 2013

Prologue

                                                                           


  Prologue

A ja załamana weszłam na wieżowiec 
i zrobiłam jeden krok, zły krok w złą stronę
Ja ślepo zakochana Ty przed oczami 
i jakieś cztery sekundy nam zostały

Stałam na gzymsie beznamiętnie wpatrując się w zakorkowaną ulice, silny wiatr rozwiewał moje włosy a padający deszcz mieszał się z moimi łzami. Czułam jakby całe miasto płakało wraz ze mną. Ze wszystkich błędów jakie popełniłam w życiu ten był najgorszy,  spierdoliłam wszystko co udało mi się... nam zbudować... bez zwątpienia zasłużyłam na karę.... Co noc widzę Jego zielone oczy wypełnione smutkiem, bólem a później zamieniające się w nicość... Zacisnęłam usta w wąską linię dławiąc się słonymi łzami... starałam przypomnieć sobie po raz ostatni zapach jego cudownych perfum, smaku pocałunków oraz silnych ramion ukajających mnie po każdym koszmarze... Wzięłam głęboki oddech robiąc krok do przodu...
- Wiktoria!!!! - jego głos mnie prześladował.. nie dawał spokoju...
- Wiktoria!!!! - Kolejny krzyk.... zachwiałam się tracąc równowagę... to było takie realne iż prawie uwierzyłam, że on tam jest...że stoi za mną próbując powstrzymać...
Mój blask
Jego gniew
Mój strach
Jego śpiew
To wszystko do mnie wracało w tym momencie... Pokręciłam głową pragnąc się uwolnić od natłoku wszystkich bolesnych wspomnień.... Więc oto nadszedł koniec....
- Nie !!!!! - ukochany nie musisz krzyczeć... Idę do Ciebie....